Marta DomachowskaByło dramatycznie, skończyło się źle, ale będzie lepiej - to już standardowy komentarz po meczu Marty Domachowskiej. Dobra gra nie wystarczyła, by pokonać w pierwszej rundzie turnieju w Forest Hills notowaną niegdyś na 11. pozycji w rankingu WTA Meghan Shaughnessy. Było blisko - 7:5, 6:7 (3), 5:7, ale przy siedmiu podwójnych błędach serwisowych ciężko obrócić mecz na swoją stronę. Co o kryzysie formy ma do powiedzenia sama tenisistka?

Wreszcie ma Pani trenera. Tym razem na stałe?

Obecnie trenuję ze Svenem Groenefeldem. Muszę jednak poszukać kogoś, kto mógłby mi towarzyszyć na większości turniejów. Sven został zatrudniony przez mojego sponsora, Adidasa, i pomaga zawodniczkom, które mają z niemiecką firmą podpisane kontrakty. Udziela rad nie tylko mnie, ale także Anie Ivanović i Marii Kirilenko. Ja na stałe współpracuję natomiast z Mariuszem Dermondem, który dba o moje przygotowanie fizyczne.

Po raz pierwszy zdecydowała się Pani na grę w turnieju niższej rangi. Czy to właśnie za sprawą niemieckiego szkoleniowca?

Nie, to moja decyzja. Stwierdziłam, że lepiej dać sobie trochę czasu na aklimatyzację w Nowym Jorku. Poza tym w New Haven musiałabym grać eliminacje, które zaczynały się w czwartek, a ja w środę grałam jeszcze w Montrealu. Był to pierwszy turniej w mojej karierze, na który pojechałam sama - bez mamy, siostry, czy trenera, więc nie chciałam się spieszyć.

Czy mamy rozumieć, że będzie Pani częściej podróżować samotnie?

Ciężko powiedzieć, na pewno przydała mi się taka odmiana, ale z drugiej strony miło czuć czyjeś wsparcie z trybun. Podczas US Open będzie ze mną mama. Dobrze, że nie jest tak nerwowa jak moja siostra, która nawet podczas transmisji telewizyjnych nie wytrzymuje napięcia. Podobno jak grałam z Molik w Montrealu, Magda na tie-breaki wychodziła do łazienki i kazała krzyczeć jaki jest wynik.

Jeszcze niedawno była Pani jedyną polską zawodniczką, o której było głośno. Teraz mamy siostry Radwańskie. To dodatkowy stres?

Trzeba przyznać, że polski tenis idzie do przodu - mamy dobrego debla, coraz więcej świetnych juniorów. Siostry Radwańskie to dla mnie dodatkowa motywacja, a stres - dużo mniejszy - w końcu nie pisze się tylko o mnie, nie ma już takiej presji, mogę się skupić na grze, a nie na tym, że jestem najlepszą polską tenisistką i muszę wygrać.

To był dla Pani kryzysowy sezon - spadek na 70. miejsce w rankingu, słabe występy w wielkich szlemach. Jak sobie Pani radzi z krytyką?

Po pierwsze staram się nie czytać gazet. Czasami Marcin (Matkowski) śmieje się, że znowu nas skrytykowali, ale nie mamy zamiaru się tym przejmować. Sama dobrze wiem, że nie był to najlepszy sezon w mojej karierze. Wpłynęło na to wiele czynników. Przede wszystkim zmiany trenerów. Ciężko dobrze grać, gdy nie czuje się stabilizacji. Po przegranym meczu nie ma osoby, której można się zapytać, co było źle.

Słabszy serwis też jest spowodowany brakiem trenera?

Nie, serwis to sprawa psychiki. Wstyd się przyznać, ale zaczęłam grać trochę jak Dementiewa - podczas treningów wszystko było w porządku, a w trakcie meczu popełniałam mnóstwo podwójnych błędów serwisowych. Na szczęście wszystko powoli wraca do normy.

Podczas meczu z Meghan Shaughnessy zmarnowała Pani aż 4 piłki meczowe. Brak taktyki?

Ciężko komentować coś takiego. Zepsułam jedną piłkę, a w kolejnych Amerykanka postawiła wszystko na jedną kartę. Tak bywa, mam nauczkę na przyszłość, powinnam była coś zmienić, urozmaicić. Mało grałam przy siatce, może to był dobry moment? Trzeba to przemyśleć i następnym razem zagrać lepiej. Tego meczu i tak już nie wygram.

Tego nie, ale co będzie w pierwszej rundzie US Open?

Trudno powiedzieć. Czuję się dobrze przygotowana, ale nigdy nie wiadomo co się stanie, zaczekam na losowanie i zagram najlepiej jak mogę. W tym roku bardzo dobrze czuje się na tej nawierzchni, znowu gram agresywnie, czyli tak, jak lubię najbardziej. Troszkę cierpliwości i już - nic, tylko grać