Mariusz FyrstenbergJakub Ciastoń: Mieliście czas, żeby świętować awans do Masters? Poszliście na piwo?
Mariusz Fyrstenberg: Na piwo nie, ale w Paryżu, już po awansie, dostaliśmy od organizatorów po butelce szampana. Świętowaliśmy jednak dopiero w Polsce, z rodzinami. Spokojnie, bez żadnych ekscesów (śmiech).

Wiecie ile kilometrów pokonaliście, pracując na występ w Szanghaju?

M.F.: Zagraliśmy w 31 turniejach, pokonaliśmy 200 tysięcy mil, czyli jakieś 320 tys. km. Wiemy, bo zbieramy mile w liniach lotniczych.

To macie pewnie duże zniżki.

M.F.: A skąd! Do złotej karty nam jeszcze daleko. Rekordziści latają dużo więcej od nas. Może byśmy zostali VIP-ami, gdybyśmy podróżowali ciągle w ramach jednego aliansu lotniczego, ale tak się nie da.

Na Masters można świetnie zarobić, za sam start dostaniecie 50 tys. dol.

Marcin Matkowski: Nie będziemy udawać, że pieniądze nie mają znaczenia. Tenis to zawodowy sport. 50 tys. jest za awans, każde zwycięstwo daje dodatkową premię. Za półfinał możemy już dostać ponad 100 tys. Gdyby udało nam się wygrać turniej, dostalibyśmy najwyższą wypłatę w życiu [ponad 200 tys. dol. do podziału]. Pieniądze są ważne, ale najważniejsza jest sportowa satysfakcja, że udało się dostać do elity.

Inwestujecie pieniądze? Od początku kariery to już ponad 400 tys. dol. na głowę.

M.F.: Brutto… Trzymamy pieniądze na lokatach, wydamy pewnie jak skończymy kariery, choć mnie czekają w tym roku wydatki. W lipcu biorę ślub, potem pewnie żona przejmie zarządzanie finansami.

Byliście kiedyś w Chinach?

M.M.: - To nasza pierwsza wizyta. Będziemy mieszkać w Hiltonie razem z innymi uczestnikami Masters, także singlistami: Federerem, Nadalem, Roddickiem. Dobrze, że gramy z nimi w tym samym miejscu. To dla debla dodatkowa promocja. Rozmawialiśmy z Fabrice’em Santoro i Nenadem Zimonjiciem [grupowi rywale Polaków] opowiadali, że zainteresowanie jest ogromne. Trybuny na Masters są pełne na singlu i deblu.

Po co jedziecie do Szanghaju?

M.M.: Sam udział w Masters to nobilitacja. Nie chcemy jednak jechać na wycieczkę, przegrać trzy mecze i pakować walizki. Graliśmy w tym roku ze wszystkimi czołowymi parami, oprócz braci Bryanów, i tylko z jedną z nich - Jonasem Bjorkmanem i Maksem Mirnym [to z nimi Polacy grają dziś o 7 rano ] - nie udało nam się wygrać. To jest turniej, każdy może wygrać z każdym.

M.F.: Pracowaliśmy na Masters długo i dlatego daje nam to większą satysfakcję niż styczniowy półfinał Australian Open. To był jeden turniej, świetny start, ale z marszu. W Szanghaju gramy, bo spisaliśmy się dobrze przez cały rok. Teoretycznie mamy najsłabszą pozycję wyjściową, ale ósme miejsce w rankingu nie oznacza, że nie możemy wygrywać. Jest koniec sezonu, wszyscy są zmęczeni, mają problemy z koncentracją. Tak było rok temu z Bjoerkmanem i Mirnym, którzy należeli do faworytów, a szybko odpadli.

M.M.: Poza tym ostatnie wyniki pokazują, że jesteśmy w formie. Nawet jeśli przegrywamy z parami z czołówki, to po zaciętej walce.

Jak wygląda system gier w Masters?

M.M.: Dwie grupy po cztery zespoły, każdy gra z każdym, do półfinałów wchodzą dwie najlepsze pary i w sobotę grają na krzyż. Finał w niedzielę. Ważne, że jest stary system punktacji, bez super tie-braków do 10 pkt. Gramy do dwóch wygranych setów.

Lepiej, że nie będzie super tie-breaka?

M.M.: Teoretycznie tak, bo to loteria decyduje kilka piłek. Trzy sety są sprawiedliwsze, jest czas, by odwrócić losy meczu. Ale dla nas, to bez znaczenia. Ktoś policzył, że graliśmy w tym roku 26 super tie-braków, 13 wygraliśmy, 13 przegraliśmy.

Jaki wynik w Masters uznacie za sukces?

M.F.: Półfinał. To by oznaczało, że wygraliśmy dwa mecze z silniejszymi parami.

Wygranie turnieju w ogóle wchodzi w grę?

M.M.: Stać nas na to. Sprzyja system grupowy, bo jedna porażka nie przekreśla szans. Szczęście też jest potrzebne, ale bez dobrej gry, nic z tego nie będzie.

Czy wytrzymacie turniej fizycznie? Graliście ostatnio bez przerwy, odpoczęliście dopiero przed samym Masters. Wystarczy?

M.M.: Grając w Madrycie, Bazylei i Paryżu nie czuliśmy zmęczenia. Dopiero, gdy w Paryżu dotarła do nas informacja, że Czesi Lukas Dlouhy i Pavel Vizner przegrali, co oznaczało, że jedziemy do Szanghaju, poczuliśmy je. I to jak! W jednej chwili przytłoczył nas ten sezon, adrenalina spadła i poczuliśmy wszystko ze zdwojoną mocą. Może to i dobrze, że przegraliśmy w Paryżu walkę o półfinał, mieliśmy więcej czasu na odpoczynek.

M.F.: Zmęczenie nie będzie problemem, bo jesteśmy bardzo zmotywowani awansem. Adrenalina znów nam pomoże.

Ten sezon zaczęliście od półfinału Australian Open, ale w środku był kryzys. Dlaczego?

M.F.: Po Australii awansowaliśmy w rankingu i łapaliśmy się do prestiżowych imprez Masters Series, ale zamiast skupić się na nich, ciągle jeździliśmy na mniejsze turnieje, graliśmy tydzień w tydzień.

M.M.: I to był błąd. Przegraliśmy chyba osiem na dzięsięć spotkań. Nie zauważyliśmy, że to przez przemęczenie. French Open i Wimbledon, czyli najważniejsze starty w środku roku, zawaliliśmy. Dopiero wtedy wzięliśmy wakacje.

Pomogło?

M.M.: Przełomowa była I runda w New Haven, gdzie pokonaliśmy w sierpniu Justina Gimelstoba i Mahesha Bhupathiego, wielokrotnego zwycięzcę Wielkiego Szlema. Wygraliśmy po super tie-braku 13:11. To dodało nam sił, doszliśmy tam do finału. Uwierzyliśmy, że Szanghaj jest ciągle realny. Jednak mieliśmy ciągle mniej więcej 100 pkt straty w rankingu do pary Simon Aspelin, Todd Perry, którą wyprzedziliśmy dopiero pod koniec października w Paryżu. Gdybyśmy zajęli dziewiąte miejsce, też pojechalibyśmy na Masters, ale jako rezerwowi. To byłaby porażka, duże rozgoryczenie.

W 2005 r. rozstaliście się na kilka miesięcy, graliście z innymi partnerami.

M.F.: Wyniki były słabe, byliśmy trochę zmęczeni sobą. Z innymi parterami nie było jednak lepiej i teraz oceniamy pozytywnie to rozstanie. Dzięki niemu wiemy już na 100 proc., że nasza wspólna gra ma sens.

Od czasów Fibaka w Masters nie grali Polacy. Jak czujecie się ze świadomością, że to największy sukces w męskim tenisie od 20-30 lat?

M.M.: Nie jedziemy do Chin z presją, żeby jego osiągnięcia kopiować czy powtarzać. Pan Fibak ma swoje miejsce w historii, my walczymy o swoje. Już po liczbie dziennikarzy, którzy dzwonią i przyszli na konferencję, widać, że w polskim tenisie wydarzyło się coś ważnego.

Jak zmienił się debel od czasów Fibaka, kiedyś w grze podwójnej było więcej gwiazd i większe zainteresowanie.

M.M.: Jednak tenis był inny. Kiedyś zawodowo grało mniej osób, turniejowe drabinki były mniejsze, kalendarz nie był zapchany. Dziś karuzela z turniejami kręci się bez przerwy od stycznia do listopada. Singliści nie mają czasu na debla. Jasne, że gdyby Federer grał w parze, to pewnie byłby najlepszy na świecie, ale koncentruje się na singlu, bo nie wytrzymałby fizycznie tylu meczów.

Czyli z hasłem “to tylko debel” się nie zgodzicie?

M.M.: Z tym, że debel jest mniej rozpoznawalny i medialny, ciężko dyskutować, ale wciąż gra w niego kilkadziesiąt milionów ludzi. Pewnie gdybyśmy mieli do wyboru być ósmym deblem świata i zajmować ósme miejsca w singlu, wybralibyśmy to drugie. Jednak jeśli miałbym wybierać między ósmą pozycją w deblu i 50. w singlu, wybiorę debel. Jeśli ktoś uważa, że w deblu jest łatwiej przebić się do czołówki, to niech weźmie rakietę, wyjdzie na kort i spróbuje.

Wielokrotnie w wywiadach mówiliście o działaniach marketingowych, które podejmuje ATP, aby promować debel, czy to coś daje?

M.M.: Od roku jest poważny sponsor. Firma Stanford daje na debel spore pieniądze. Pary stają się bardziej rozpoznawalne, ATP zrobiło plakaty z naszymi wizerunkami, ludzie na turniejach kojarzą już, że Bjorkman gra z Mirnym, Paes z Dammem, a ja z Mariuszem. W przyszłym roku dojdzie zasada, że finał debla będzie zawsze w niedzielę przed finałem singla. Już teraz było tak kilkakrotnie, w Bazylei czy New Haven decydujące mecze w deblu oglądało po kilka tysięcy ludzi. Jest limit meczów, które muszą być grane na korcie centralnym. Coś się dzieje. Na turniejach z serii Masters kibiców na trybunach nie brakuje.

Występujecie razem od 2003 r. Co zmieniło się od tego czasu w waszej grze?

M.M.: Kiedyś naszym atutem był wyłącznie mocny serwis. Graliśmy z głębi kortu, czyli - jak na debel - archaicznie. Musieliśmy poprawić grę przy siatce i zrobiliśmy to. Dużo dały nam występy w imprezach Masters Series, bo tam ciągle podpatrywaliśmy najlepszych.

Czy czujecie, że wasza wspólna gra wpłynęła na promocję tenisa w Polsce?

MM: W tym roku w Sopocie mimo naszej porażki w I rundzie ustawiła się do nas długa kolejka po autografy, do Tommy’ego Robredo, nr 2 w singlu [obecny nr 6 na świecie] stało kilkanaście osób. O tenisie więcej się mówi i pisze, ale to zasługa wyników. Nie tylko naszych, Agnieszka Radwańska miała świetny sezon, pokazał się Łukasz Kubot, może Marta Domachowska gra ostatnio słabej, ale jeszcze wróci. To był bardzo dobry rok w całym polskim tenisie.

Co w Polsce przeszkadza najbardziej w robieniu kariery tenisowej?

M.F.: Brak pieniędzy. Rodzice, którzy popychają dzieci do tenisa, muszą ich wydać dużo, żeby coś osiągnąć, a w Polsce ludzie nie są zamożni. U progu zawodowstwa to już nawet 50 tys. euro rocznie! Tyle kosztują wyjazdy, trenerzy, wynajęcie hal. Zimą w Warszawie trzeba płacić 100 zł za kryty kort. Codzienny trening - i to bez trenera - dla młodego zawodnika kosztuje 3 tys. zł miesięcznie. A zima jest kluczowa, bo Polska to nie Hiszpania, u nas nie da się grać na dworzu przez cały rok. Brak hal jest więc kolejnym problemem. W 40-milionowym kraju nie ma zimą za bardzo gdzie grać. Dochodzi do tego, że młody zawodnik, który rozwinie się latem, zimą cofa się lub stoi w miejscu, bo nie gra.

Mit o zawodowym tenisiście wygląda mniej więcej tak: jeździ po świcie, zarabia duże pieniądze, mieszka w luksusowym hotelu, a dookoła pełno pięknych kobiet…

M.F.: (śmiech) Pięknych kobiet to nie zauważyłem. Pieniądze są i dobrze, bo to jest właśnie zwrot tych inwestycji naszych rodziców, którzy przez kilkanaście lat płacili za nasz rozwój. Zwiedzanie? Chyba hotelu i kortów. Co drugi dzień gramy mecz, jeśli nie gramy, to trenujemy dwa razy dziennie, po dwie godziny, plus odnowa, siłownia itp. Rzadko jest czas gdzieś pójść.

Jeśli już się uda, spędzacie czas razem czy osobno?

M.F.: Zawsze osobno. Lubimy się, ale poza kortem chodzimy własnymi ścieżkami.

Co wtedy robicie?

M.F.: Albo idziemy coś zjeść, albo zwiedzić. Zazwyczaj jednak bazujemy na tym, co doradzą nam organizatorzy. Na turniejach zawsze dostajemy informacje o dobrych restauracjach, miejscach wartych obejrzenia.

Jesteście na ty z Federerem?

M.F.: No jasne, przecież nie będziemy do niego mówić “panie Rogerze”. Znamy gwiazdy singla, choć lepiej deblistów. Na turniejach, treningach, w szatni, ciągle widzimy te same twarze, trudno się nie znać. Kiedy byłem mały, myślałem, że wielki tenis to inny świat, pełen niedostępnych ludzi. Z bliska jest normalnie. Mówisz “Cześć, co słychać, jak mecz?” - to są po prostu koledzy. Nikomu nie odbija palma. Federer, mimo że zarabia miliony, nigdy nie pójdzie np. do superrestauracji, tylko dlatego że jest Federerem i musi jeść w luksusie. Pójdzie tam, gdzie jest miła atmosfera i ceny nie są zabójcze.